Wakacyjna wyprawa – dzień 8 i 9
Dzień 8 – 25.07.2009
382km (2 214km)
Zlot motocyklistów na 1800m.n.p.m i mafijny kemping
Po nocnej burzy nastał słoneczny dzień, więc szybko wyruszyliśmy w dalszą trasę. Serpentyn i mijanek było, jak zwykle więcej niż radarów na polskich drogach, ale przynajmniej widoki mieliśmy wspaniałe. Przez przypadek trafiliśmy na 3. doroczny międzynarodowy zlot motocyklistów na przełęczy Crocedomini – szkoda, że się śpieszyliśmy bo zjechały ciekawe egzemplarze, motorów też. Minęliśmy piękne dwa jeziorka i pomknęliśmy autostradami przez równiny ku południu. Za Parmą postanowiliśmy dać sobie spokój z nudami za oknem, bo już zbliżały się kolejne góry, więc zjechaliśmy z autostrady w Fornovo di Taro – świetny most nad wyschniętą rzeką i przyjemne stare miasteczko. Nowa trasa okazała się oczywiście przepiękna, więc niespiesznie podziwialiśmy widoki.
Wieczorem dojechaliśmy do Lerici – gdybyśmy sprawdzili wcześniej, to wiedzielibyśmy, że w sezonie nie ma szans na znalezienie tam wolnego miejsca pod namiot… Miejscowość jest przepięknie położona na skalistym nabrzeżu i wszystkie bardziej płaskie metry kwadratowe są zajęte.
No cóż, było już późno, więc musieliśmy zakończyć dzień na pierwszym wolnym campingu… i trafiliśmy na coś w rodzaju lokalnej prefektury “rodziny” neaopolitańskiej…
Dzień 9 – 26.07.2009
289km (2 503km)
Cinque Terre
Za namową Piotrka (ja nigdy przedtem tutaj nie byłem) postanowiliśmy zwiedzić park Cinque Terre. I nikt z nas mu tego później nie wypominał!
Piękne pięć miasteczek ulokowanych na wyrwanych naturze stromych stokach schodzących wprost w lazurowe głębie zatoki Genueńskiej. Park jest wpisany na listę dziedzictwa światowego UNESCO – i jest to w pełni zasłużone! Ciężko jest go opisać i przekazać na zdjęciach, więc najlepiej byłoby wybrać się tam samemu. Dla mnie i Hani jest to jedyne miejsce z całego włoskiego odcinka naszej podróży, do którego chcemy wrócić i na pewno to zrobimy (no może zahaczymy jeszcze po drodze o pizzerię w Lido di Jesolo).
Specjalnie wyjechaliśmy wcześnie rano z kempingu, aby zdążyć przed falą turystów, ale i tak udało nam się dostać dopiero do trzeciego miasteczka (poprzednie dwa były już przepełnione – wprowadzono tam limity turystów) – Corniglia. Polecamy tam sympatyczną restauracyjkę A Ghe de Tuttu (bardzo stylowy wygląd – na pewno nie da się ominąć, przy uliczce Via Fieschi) i którekolwiek ze spaghetti polecone przez szefa.
Po przedarciu się kolejnymi krętymi i ciasnymi dróżkami, bardziej z przymusu niż z chęci, wjechaliśmy na autostradę A10 w kierunku Monaco (suma długości tuneli na tej trasie musi być większa niż suma autostrad w Polsce…).
Nocleg trafił nam się zaraz za San Remo, głównie z powodu bliskości stacji benzynowej otwieranej następnego dnia (w niedzielę mają tylko self-service – a nas on kompletnie nie urządzał). Całkiem przypadkiem zatrzymaliśmy się na tym samym kempingu, na którym wiele lat wcześniej nocowałem z rodziną tyle, że tym razem rozbijaliśmy namioty na kostce brukowej…
Poprzednie dni:
6 i 7
5
3 i 4
1 i 2
Wakacyjna wyprawa – dzień 6 i 7
Dzień 6 – 23.07.2009
0km (1 537km)
Plaża
No co tu pisać… skóra nie bez powodu później z nas schodziła
Dzień 7 – 24.07.2009
295km (1 832km)
Verona, jezioro Garda i nocna burza w górach
Verona – czyli Julia i Romeo, a raczej kicz i Euro. Dom Juli i balkonik – Shakespeare musiał niezłe zioła wciągać żeby coś romantycznego tam wymyślić. Pierwszy i, mam nadzieję, ostatni raz.
Właśnie naszła mnie refleksja, że wakacje w Polsce są bardzo podobne do wakacji we Włoszech – ciągłe wrażenie, że wszyscy chcą “orżnąć” turystę. Ceny wygórowane a atrakcje nijakie. Na przykład taki amfiteatr vel. koloseum w Veronie: z zewnątrz wydaje się pięknie zachowanym pomnikiem dawnych czasów, zachęcającym do wejścia i odkrycia długo pielęgnowanego uroku wnętrza. Więc płaci się jak za internet w Neostradzie wyłącznie po to aby odkryć z zaskoczeniem, że cały środek jest przerobiony na stalowo-plastikowy teatr na “świeżym” powietrzu.
Dla pocieszenia chcieliśmy skorzystać z okazji i zobaczyć Placido Domingo tego wieczoru na 87. Festiwalu Operowym w Arena di Verona… Kasy nieczynne.
Veronie mówimy dość!
Następną atrakcją w kolejce było oglądanie jeziora Garda. Okazało się to równie atrakcyjne jak oglądanie Morskiego Oka w Lipcu. Definitywnie nie polecamy tego miejsca w okresie wzmożonego ruchu urlopowego.
Na szczęście, tego dnia udał nam się przynajmniej nocleg! Piękny, rodzinny kemping Campeggio Casa Vecchia położony wysoko w górach, z dodatkową atrakcją w postaci nocnej burzy z piorunami. Było rześko!
Wakacyjna wyprawa – dzień 5
Dzień 5 – 22.07.2009
0km (1 537km)
Wenecja
Wenecja… Miasto z kategorii: “trzeba zobaczyć ale niekoniecznie się zachwycić”.
Pierwsze dwie wizyty mogą być udane:
1. Pierwszy raz nawet w McDonaldzie jest dobry.
2. Po pierwszym razie wiadomo co robić i czego nie robić za drugim razem.
Kolejne wizyty to już tylko powielanie. A robienie tego razem z masami turystów nie należy do najprzyjemniejszych…
A tak przy okazji, jeśli kiedykolwiek będziecie w okolicy Lido di Jesolo, to polecam moją aktualnie najlepszą pizzerię na świecie, która jest położona w odległości “z buta” od campingu Malibu Beach – byłem już drugi raz i jestem zadowolony:
Wyświetl większą mapę
Tak więc powielane zdjęcia, ale za to w bardzo miłym towarzystwie:
Wakacyjna wyprawa – dzień 3 i 4
Dzień 3 – 20.07.2009
151km (1 316km)
Zwiedzanie Słowenii – ciąg dalszy
Drugi dzień pobytu na Słowenii i kolejny dzień zachwytów.
Zaczęliśmy od pieszej wycieczki wspaniałą trasą do wodospadu Slap Kozjak. Następnie, powoli zwiedzając piękne okolice Bovec, dojechaliśmy na drugie śniadanie pod fortecę Kluze. Teraz taka forteca to jedynie atrakcja turystyczna i muzeum, ale chciałbym się dowiedzieć jak ją można było zdobyć w czasach, gdy nie było tych wszystkich “inteligentnych rakiet”.
Kontynuując naszą podróż dojechaliśmy w pobliże źródła rzeki Soca (zatrzymując się kilka razy w celu ogólnego zachwycania się jej pięknem). Jaka rzeka takie źródło – bije ono z wywierzyska, do którego prowadzi malownicza górska ścieżka a jej ostatni odcinek jest poręczowany. Ciekawostką było tutaj może nie samo źródło lecz fakt, że my, relatywnie sprawni (jeszcze), musieliśmy przytrzymywać się stalowej liny obydwiema rękami i skakać z nogi na nogę, aby dotrzeć na miejsce, a 15 minut po nas przyszła wycieczka w składzie: ojciec rodziny sztuk raz, mały syneczek z siostrzyczką w wieku ok. 13 lat, no i obecny mistrz świata – kulejący gimnazjalista w jednej ręce z kulą a drugą podtrzymujący, wyżej wspomnianego ojca, na duchu. On musiał mieć jeszcze gdzieś trzecią rękę i nogę, cwaniaczek.
Jak już doszliśmy do siebie (a szczególnie Hania), to trafiliśmy na podjazd pod wysokogórską przełęcz z większą ilością zakrętów niż limitem znaków we wnioskach o dotacje UE, pod którą podobno ludzie wjeżdżają rowerami (podobno-ludzie). Widoki, oczywiście wspaniałe, temperatura jak u nas w styczniu, wiatry jak w Kielcach, więc trzeba było jechać dalej. Przy okazji trafiliśmy na cerkiew wybudowaną przez ruskich jeńców wojennych – fajna ale my mamy większe ;). Fajniejsza była wyspa na jeziorze Blejsko z jedyną naturalną wyspą Słowenii, zawładniętą przez jakiś malowniczy kościół. Tak tam było fajnie jak u nas na Krupówkach, no może ludzi jednak trochę mniej i widoki ładniejsze. Fajnie! A właściwie to sweetaśnie, żeby mnie też po galeriach zrozumiano.
Ponieważ zbliżała się już pora na wieczorną degustację piwa, koniecznym było znalezienie kempingu. Nad jeziorem Blejsko nie było nawet miejsca na karton z piwem, więc pojechaliśmy nad sympatyczne jezioro Bohinjsko – wiadomość dla Piotrka: Avtokamp Zlatorog :D – tam też wszystko pozamiatane, więc trafiliśmy tuż pod kible (bardzo czyste!) na kemping Danica
Dzień 4 – 21.07.2009
221km (1 537km)
Ostatnie góry na Słowenii i przyjazd do Włoch
Niestety, tego dnia nie miałem okazji porobić zdjęć – a szkoda, bo przejeżdżaliśmy przez piękne okolice natury.
Pomimo, że na początku planowaliśmy Włochy jako nasz docelowy kraj, to wyjeżdżając ze Słowenii podświadomie czuliśmy, że ciężko będzie jej dorównać pod względem ogólnym. Niestety, potwierdziło to się w przypadku Włoch…
Brud, bałagan, tłumy i horrendalnie wysokie ceny…
Galeria zdjęć z trzeciego dnia pobytu na Słowenii:
Poprzednie dni:
1 i 2

























































