Wakacyjna wyprawa – dzień 12, 13 i 14
Dzień 12 – 29.07.2009
539km (3 612km)
Jezioro Como i Livigno
Ostani nasz dzień pobytu we Francji – szkoda, ponieważ do Włoch już nie chciało nam się wracać.
Po drodze wstąpiliśmy zobaczyć jezioro Como wraz z jego sławnymi willami – szukaliśmy nawet George Clooney’a, którego podobno każdy tam zna… Niektóre z miasteczek były naprawdę ładne, ale ogólnie jest to teren równie przereklamowany, co reszta Włoch. A najgorsze były chyba lody w jednym z tych małych miasteczek, które Lonelly Planet opisał jako jedne z najlepszych, i dla których to Piotrek cały czas naciskał żeby tam pojechać :).
Reszta dnia upłynęła nam na podziwianiu kolejnych górskich widoków, aż dotarliśmy do Livigno na nocleg. Tam też trafiliśmy na jeden z najlepszych kempingów. Poznaliśmy na nim pewnego pana, z pochodzenia Polaka, od dziecka mieszkającego we Francji, który od 27 lat nie był w Polsce i który to za starych ciężkich czasów, jeszcze jako francuski student, przyjeżdżał do Polski, przemycając dla podziemia sprzęt potrzebny do drukowania gazetek. Do Livigno przyjeżdża on co roku na całe wakacje ze swoją żoną, u której kilka lat temu lekarze wykryli groźnego raka, ale dzięki tamtejszym górom, czystemu powietrzu i pieszym wycieczkom na okoliczne szczyty, udało jej się już dawno przeżyć własną, przepowiedzianą śmierć.
Dla nas była to na pewno najzimniejsza noc! Tydzień wcześniej spadło tam 20cm śniegu…
Dzień 13 i 14 – 30/31.07.2009
1 435km (5 047km)
Bezcłówka, Szwajcaria, początkujący włoski celnik, okropny zamek w Niemczech i całonocna podróż do domu
Livigno, poza piękną okolicą, jest strefą bezcłową – chętnie to wykorzystaliśmy :)
Z wjazdem do Szwajcarii nie było większego problemu – przyznaliśmy się do kilku win i nas przepuścili. O wiele większy problem był z ponownym wjazdem do Włoch. Na przejściu trafiliśmy na początkującego celnika, któremu szef kazał sprawdzać wszystkie auta z młodymi kierowcami. Dobrze, że był początkujący… Nasza rada dla wszystkich zbierających wino (lub inne trunki): kupując je w sklepach EU i planując przejazd przez Livigno i/lub Szwajcarię zawsze zabierajcie rachunki, ponieważ później może być problem z wytłumaczeniem, że każda nadprogramowa butelka była kupiona w Unii i tam też zostanie skonsumowana…
Po kilku godzinach udało nam się odjechać bez strat w kierunku zamku Neuschwanstein w Niemczech – kicz większy niż Disneyland pod Paryżem!!! Jeśli nie musicie, to nie jedźcie tam! On ładnie wygląda tylko na zdjęciach…
Załamani odjechaliśmy w kierunku Zell am See, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg. Im bardziej zbliżaliśmy się do celu, tym gorsza robiła się pogoda, do tego stopnia, że jednomyślnie postanowiliśmy zrezygnować z noclegu w burzy i jechać dalej przez całą noc do domu. Jeżeli kiedykolwiek będziecie nudzić się stojąc w korkach na polskich drogach, to polecamy wymyślanie tytułów do filmów XXX; czemu z radością oddaliśmy się sami :D
I tym oto sposobem cali, zdrowi i zmęczeni (przecież na urlop nie jedzie się odpoczywać!) wróciliśmy do domu, po przejechaniu przez 10 krajów, 5 150,5 km w 14 dni, z masą świetnych wspomnień, fotografii i pomysłów na kolejne wyjazdy.
A Piotrkowi i Dorocie urodziła się niedawno mała i zdrowa Gabrysia. Witaj Gigi! Jeśli nie będziesz mogła wysiedzieć w domu, to nie jest Twoja wina ;)
Poprzednie dni:
10 i 11
8 i 9
6 i 7
5
3 i 4
1 i 2
Wakacyjna wyprawa – dzień 10 i 11
Dzień 10 – 27.07.2009
270km (2 773km)
Samochodowe turne po Monako, księżycowe krajobrazy, średniowieczne miasteczko, drogi wysokogórskie, czerwony kanion i kolejne miasteczko średniowieczne
Monako nie opłaca się zwiedzać “z buta”. W aucie jest klima, wszystko widać, a jeśli ma się auto wyższe niż 2m to nawet nie warto szukać parkingu. Parę słów o samym mieście: turyści, ciasnota, pozerstwo, wielkie pieniądze i jeszcze większe aspiracje… i to by było na tyle. Kolega Bartek dał nam przepis z życia, jak tam można jeszcze zrobić wrażenie na ludziach: na początku lat 90′ wybrali się z kolegami studentami wspinać na południe Francji, więc przy okazji zahaczyli o Monako. Wywarli bardzo duże wrażenie na tubylcach, a szczególnie królach życia z kasyno, gdy podjechali swoim wyjątkowym samochodem pod ten przybytek wątpliwej uciechy a gwarantowanego szybkiego upłynniania gotówki (wtedy jeszcze było można bez machania rulonami). Od razu dopadła ich chmara paparatów, ochów i achów, i pewnie im nawet z auta nie dała wyjść! Niby zachód i pełna kulturka a zachowanie jak z pierwszej wizyty w McDonaldzie … sorry Hubert: Restauracji McDonald’s ;).
Na tak gburowate przywitanie mogli zareagować tylko w jeden sposób: spokojnie pojechali dalej swoim poczciwym Fiatem 125p…
Po odbębnieniu powinności, przez resztę dnia mieliśmy same niesamowite widoki.
Najpierw w porze dokarmiania trafiliśmy w iście księżycowe okolice Pellion. Bardzo żałuję, że nie chciało mi się wyciągnąć aparatu a jeszcze bardziej, że nie mam kamery – film sci-fi/grozy z lat 80′. Może jak Piotrek zajmie się obróbką zdjęć to coś ciekawego użyczy?
Kolejnym punktem było (całkiem przypadkowo) miasteczko Luceram – jak dla mnie, to jeden z najlepszych momentów z całej wyprawy. Dzięki temu, że leży poza głównymi trasami, było w stanie zachować swoją oryginalną architekturę i klimat z czasów średniowiecza (znaleźliśmy herb z datą 1343, ale z informacji wiemy, że jest o wiele starsze). Przywiązanie do tradycji i znikoma migracja na pewno wpłynęły na zachowanie takich detali, jak gwiazdy pięcioramienne wyryte w szczególnych miejscach, wywieszanie czosnku, stawianie na progu niezliczonych ilości roślin i naczyń z wodą. Dodatkowym i bardzo ważnym plusem było to, że spotkaliśmy przez te parę godzin tylko 8 osób (w tym 4 tubylców – bardzo sympatycznych, jak wszędzie).
Z Luceram pomknęliśmy, a raczej popełznęliśmy w góry Lazurowego Wybrzeża – piękne widoki, górskie miasteczka położone na prawie pionowych ścianach i alpejskie ośrodki narciarskie, które koniecznie musimy kiedyś odwiedzić zimą.
Pod koniec dnia udało nam się (znowu przypadkiem) przejechać przez czerwony kanion – niesamowite wrażenie, gdy wszechobecne kolory bujnej, śródziemnomorskiej zieleni i szarości górskich skał zostają nagle zredukowane do dwóch: fioletowawej czerwieni i marnej zieleni.
Nocleg mieliśmy zaplanowany w miasteczku Entrevaux, ale ponieważ jest ono również zabytkiem z czasów średniowiecza i leży przy głównej trasie, trzeba było poszukać kawałka ziemi w innym miejscu.
AAA! W miasteczku, w którym znaleźliśmy nocleg (Annot) byliśmy świadkami świetnego zjawiska! Miliony malutkich, białych owadów obsiadły dróżki w centrum i gdy tylko z przeciwka nadjeżdżał samochód, w świetle jego reflektorów tworzyły piękną, gęstą i żywą chmurę unosząc się nad ziemią.
Dzień 11 – 28.07.2009
300km (3 073km)
Kanion du Verdon, lawenda i Prowansja
Pierwszą zaplanowaną atrakcją na ten dzień było miasteczko Entrevaux, którego z racji późnej pory nie udało się nam zwiedzić poprzedniego dnia. Po wizycie w Luceram, jedynym detalem wartym uwagi był most-kiedyś-zwodzony nad górską rzeką. Reszta krwawiła pieniędzmi turystów…
Po 30 minutach byliśmy już w drodze do kanionu Verdon. W czasach późnej podstawówki udało mi się wraz z rodziną zwiedzić kanion z jednej strony, i teraz zaplanowałem przejazd drugą stroną w przeciwnym kierunku. Było to też bardziej świadome…
Jakkolwiek piękny jest to kanion i otaczająca go przyroda, nie zrobił już na mnie takiego wrażenia, jak za pierwszym razem, mimo to na pewno wybiorę się tam jeszcze nie raz.
Poszukując stacji benzynowej trafiliśmy do sympatycznego miasta Aups, gdzie zrobiliśmy przy okazji zapasy winno-żywieniowe, które później naruszyliśmy przy znalezionym wraku jakiegoś spalonego mercedesa z najlepszych lat tej marki – otoczenie było iście filmowe.
Przez resztę dnia mieliśmy przyjemność podziwiać niesamowitą Prowansję wraz z jej wioskami, polami lawendy (akurat trafiliśmy na zbiory, więc intensywność zapachów była pozytywnie przytłaczająca), górskimi jeziorami i spokojem.
Poprzednie dni:
8 i 9
6 i 7
5
3 i 4
1 i 2
Wakacyjna wyprawa – dzień 8 i 9
Dzień 8 – 25.07.2009
382km (2 214km)
Zlot motocyklistów na 1800m.n.p.m i mafijny kemping
Po nocnej burzy nastał słoneczny dzień, więc szybko wyruszyliśmy w dalszą trasę. Serpentyn i mijanek było, jak zwykle więcej niż radarów na polskich drogach, ale przynajmniej widoki mieliśmy wspaniałe. Przez przypadek trafiliśmy na 3. doroczny międzynarodowy zlot motocyklistów na przełęczy Crocedomini – szkoda, że się śpieszyliśmy bo zjechały ciekawe egzemplarze, motorów też. Minęliśmy piękne dwa jeziorka i pomknęliśmy autostradami przez równiny ku południu. Za Parmą postanowiliśmy dać sobie spokój z nudami za oknem, bo już zbliżały się kolejne góry, więc zjechaliśmy z autostrady w Fornovo di Taro – świetny most nad wyschniętą rzeką i przyjemne stare miasteczko. Nowa trasa okazała się oczywiście przepiękna, więc niespiesznie podziwialiśmy widoki.
Wieczorem dojechaliśmy do Lerici – gdybyśmy sprawdzili wcześniej, to wiedzielibyśmy, że w sezonie nie ma szans na znalezienie tam wolnego miejsca pod namiot… Miejscowość jest przepięknie położona na skalistym nabrzeżu i wszystkie bardziej płaskie metry kwadratowe są zajęte.
No cóż, było już późno, więc musieliśmy zakończyć dzień na pierwszym wolnym campingu… i trafiliśmy na coś w rodzaju lokalnej prefektury “rodziny” neaopolitańskiej…
Dzień 9 – 26.07.2009
289km (2 503km)
Cinque Terre
Za namową Piotrka (ja nigdy przedtem tutaj nie byłem) postanowiliśmy zwiedzić park Cinque Terre. I nikt z nas mu tego później nie wypominał!
Piękne pięć miasteczek ulokowanych na wyrwanych naturze stromych stokach schodzących wprost w lazurowe głębie zatoki Genueńskiej. Park jest wpisany na listę dziedzictwa światowego UNESCO – i jest to w pełni zasłużone! Ciężko jest go opisać i przekazać na zdjęciach, więc najlepiej byłoby wybrać się tam samemu. Dla mnie i Hani jest to jedyne miejsce z całego włoskiego odcinka naszej podróży, do którego chcemy wrócić i na pewno to zrobimy (no może zahaczymy jeszcze po drodze o pizzerię w Lido di Jesolo).
Specjalnie wyjechaliśmy wcześnie rano z kempingu, aby zdążyć przed falą turystów, ale i tak udało nam się dostać dopiero do trzeciego miasteczka (poprzednie dwa były już przepełnione – wprowadzono tam limity turystów) – Corniglia. Polecamy tam sympatyczną restauracyjkę A Ghe de Tuttu (bardzo stylowy wygląd – na pewno nie da się ominąć, przy uliczce Via Fieschi) i którekolwiek ze spaghetti polecone przez szefa.
Po przedarciu się kolejnymi krętymi i ciasnymi dróżkami, bardziej z przymusu niż z chęci, wjechaliśmy na autostradę A10 w kierunku Monaco (suma długości tuneli na tej trasie musi być większa niż suma autostrad w Polsce…).
Nocleg trafił nam się zaraz za San Remo, głównie z powodu bliskości stacji benzynowej otwieranej następnego dnia (w niedzielę mają tylko self-service – a nas on kompletnie nie urządzał). Całkiem przypadkiem zatrzymaliśmy się na tym samym kempingu, na którym wiele lat wcześniej nocowałem z rodziną tyle, że tym razem rozbijaliśmy namioty na kostce brukowej…
Poprzednie dni:
6 i 7
5
3 i 4
1 i 2
Wakacyjna wyprawa – dzień 6 i 7
Dzień 6 – 23.07.2009
0km (1 537km)
Plaża
No co tu pisać… skóra nie bez powodu później z nas schodziła
Dzień 7 – 24.07.2009
295km (1 832km)
Verona, jezioro Garda i nocna burza w górach
Verona – czyli Julia i Romeo, a raczej kicz i Euro. Dom Juli i balkonik – Shakespeare musiał niezłe zioła wciągać żeby coś romantycznego tam wymyślić. Pierwszy i, mam nadzieję, ostatni raz.
Właśnie naszła mnie refleksja, że wakacje w Polsce są bardzo podobne do wakacji we Włoszech – ciągłe wrażenie, że wszyscy chcą “orżnąć” turystę. Ceny wygórowane a atrakcje nijakie. Na przykład taki amfiteatr vel. koloseum w Veronie: z zewnątrz wydaje się pięknie zachowanym pomnikiem dawnych czasów, zachęcającym do wejścia i odkrycia długo pielęgnowanego uroku wnętrza. Więc płaci się jak za internet w Neostradzie wyłącznie po to aby odkryć z zaskoczeniem, że cały środek jest przerobiony na stalowo-plastikowy teatr na “świeżym” powietrzu.
Dla pocieszenia chcieliśmy skorzystać z okazji i zobaczyć Placido Domingo tego wieczoru na 87. Festiwalu Operowym w Arena di Verona… Kasy nieczynne.
Veronie mówimy dość!
Następną atrakcją w kolejce było oglądanie jeziora Garda. Okazało się to równie atrakcyjne jak oglądanie Morskiego Oka w Lipcu. Definitywnie nie polecamy tego miejsca w okresie wzmożonego ruchu urlopowego.
Na szczęście, tego dnia udał nam się przynajmniej nocleg! Piękny, rodzinny kemping Campeggio Casa Vecchia położony wysoko w górach, z dodatkową atrakcją w postaci nocnej burzy z piorunami. Było rześko!























































